Dzień 1 2008.07.19 Galeria
|
Dystans: 96 km
Trasa: Wrocław - Złoty Stok
Udało się! Jedziemy. Agata, Piotr, Maciej T., Nina, Tomek, Maciej M. Samochód asekuracyjny z częścią bagaży prowadzi Mama Piotra i Tomka. Pogoda od rana była wymarzona. Nie padało,
chociaż na początku chmury trochę straszyły.
Dziękujemy Wam wszystkim, którzy przyszliście na Rynek we Wrocławiu. Było Was BARDZO dużo, dodawaliście nam sił. Dla nas to był
wspaniały początek. Niektórzy z Was przyjechali specjalnie 200 km aby nas pożeganć. DZIĘKUJEMY.
Wyruszyliśmy z Rynku w stronę Złotego Stoku. Kolejne kilometry przemierzaliśmy raz w palącym słońcu, a za chwilę w cieniu, które dawały nam wytchnienie.
Początek trasy był bardzo przyjemny i nie sprawiał nam wielu problemów. Miłym zaskoczeniem była obecność "Fotografa" na boskiej przynajmniej 20-to letniej kozie.
Przemierzył z nami ponad 30 km za co jesteśmy bardzo wdzięczni. Niestety po drodze się zgubił. GDZIE JESTEŚ FOTOGRAFIE...? Mamy nadzieję, że wyślesz nam zdjęcia na maila. Na odcinku ok. 6 km towarzyszą nam Natalia i Paweł - znaleźli chwilkę czasu wracając z urlopu rowerowego.
Połowa trasy była bardzo spokojna, teren płaski. Trafiliśmy na odcinek kostki brukowej, na którym wytrzęsło Agatę, ale na szczęście kostka szybko się skończyła.
Po 45 km zrobiliśmy przerwę na małe "conieco". Czekały nas pagórki, więc uzupełniliśmy kalorie i w drogę. Około 60 km rozpoczęły się podjazdy, które odbiliśmy sobie
w okolicy Ząbkowic Śląskich, gdzie było z górki. Agata zmarzła na zjeździe, ale uśmiech nie znikał z naszych twarzy, które robiły się co raz bardziej czerwone od promieni słońca.
Dalej droga prowadziła długim spokojnym podjazdem do Złotego Stoku. Cel na dzisiaj został osiągnięty. Zaczęliśmy szukać pola namiotowego. Okazało się, że Mama już znalazła, ale nocleg.
Niestety w domu weselnym, w którym impreza zaczynała się na dobre. Parze Młodej życzymy stu lat. Nie skorzystamy. Szukamy miejsca na rozbicie namiotów....
Jest. Ośrodek działkowy RELAX - obok domu weselnego :-) Piotr poszedł na rekonensans i znalazł "pole namiotowe na czyjejś działce". Właściciele się zgodzili. Pani Grażyna i Pan Zbigniew Morawiec
zgodzili się, abyśmy skorzystali z ich działki. SERDECZNIE DZIĘKUJEMY. Zostawili nam otwartą altankę, skończyli grilować i poszli do domu :-). Rozbiliśmy namioty. Trochę kropiło.
Maciej M. pojechał po Monikę, która dojechała do nas z Wrocławia pociągiem. A więc jest nas już ośmioro. Zjedliśmy, umyliśmy się pod zimną wodą na działce sąsiada i idziemy spać.
Jutro kolejny dzień.
Po drodze dopadł na TVN i nakręcił małą relację. Później jeszcze dojechali fotografowie PAP. Dziękujemy za zaangażowanie. Po drodze ludzie nas pozdrawiają. Jest wesoło, damy radę!
|
Dzień 2 2008.07.20 Galeria
|
Dystans: 85 km
Trasa: Złoty Stok - (Stity) - Heroltice
W nocy była burza. Spało się bardzo przyjemnie. Wesela nie było spłychać.
Rozpoczęło się pod górę w Złotym Stoku. Kilka kilometrów wspinaczki... było ciężko. Wynagrodziły nam to zjazdy.
Każdy zjazd oznaczał jednak kolejny podjazd. I tak w kółko. Do góry i na dół. Do góry i na dół. Trasa przyjemna.
Ruch niewielki (niedziela). Maciej T. złapał kamerę i aparat w swoje ręce i robił z nich wspaniały użytek - na zdjęciach Macieja brak :)
z wyjątkiem autoprtretów.
Pogoda była wspaniała. Bardzo dużo słońca ale przeszkadzał nam wiatr. Chwilami wiało całkiem mocno. Wspinaczka do granicy była bardzo wyczerpująca,
ale nikt się nie poddał. Ciężki podjazd wynagrodziły piękne widoki po czeskiej stronie. Od granicy prawie cały czas w dół. Średnią mieliśmy bardzo niską, więc
pojawiła się szansa na nadrobienie kilku kilometrów. Zgodnie z planem chcieliśmy dojechać trochę dalej, ale się nie udało.
Postanowiliśmy dojechać do miejscowości Stity. Niestety po prawie 2 godz. poszukiwania noclegu nie udało się nam nic znaleźć.
Czesi okazali się "nad wyraz gościnni" - pani w hotelu powiedziała, że ma wolne miejsca, ale jest za późno, aby przygotować pokoje (21.00).
Ktoś skierował nas do Heroltice. Wracamy 4 km. Udało się znaleźć nocleg. Wykończeni poszliśmy spać. Zaczęło lać. Burza. Ale nam to już nie przeszkadzało.
Jutro kolejny dzień.
|
Dzień 3 2008.07.21 Galeria
|
Dystans: 103 km
Trasa: Heroltice - Jedovnice
W nocy lało. Rano niewyspani i zmęczeni szykujemy się do drogi. Słabo nam wychodzi... małe sprzeczki ;) Kawałek w dół.
Tą trasę znamy już z wczoraj. Miajamy Stity z zamkniętymi oczami i zaciśniętymi zębami. Maciej T. gubi bagaż.
Zimno, pada, Agata pod kocykiem. Zaczyna się długi, żmudny i bardzo wyczerujący podjazd. Ponad 230 m przewyższenia na 5 km. Dochodzi do 10% nachylenia. Powoli na szczyt.
Krótka przerwa. Zjazd... (1 km) i znowu do góry (2 km). Szczyt :) Osłaniamy Agatę i teraz już tylko w dół. Zaczynają się rekordy prędkości na tej wyprawie:
Agata i Piotr - 65,7 km/h
Nina - 52 km/h
Maciej - 69 km/h
Chwilami było niebezpiecznie. Kto miał sakwy (Maciej) ten to odczuł na zakrętach. Na dole wszyscy byli "posmarkani" i "połzawieni" ale uśmiechnięci od ucha do ucha.
Hamulce tarczowe u Piotra i Agaty aż śmierdziały. Pozostali popalili klocki na obręczach. Radocha i emocje.
Morawy. Na hope i z hopy. Jedziemy do Blansko. Na miejscu szukamy noclegu. Znowu nic. Kampingu brak. Kierują nas 8 km do Jedownice.
Zaczyna się robić chłodno, do tego 6 km do góry i 2 w dół. Zimno. Rozkładamy w pośpiechu namioty. Gorąca herbata i biegniemy na kolację.
Syr i hranolki, piwo, grazne wino. Mniam. Idziemy spać. Noc jest najzimniejsza.
|
Dzień 4 2008.07.22 Galeria
|
Dystans: 35 km
Trasa: Jedovnice - Brno
Poranek nad jeziorem. Słońce przygrzało namioty, potem coś je wystraszyło na dobre, zrobiło się zimno. Postanawiamy dojechać do Brna.
Blisko, ale dalej po górach. Bez szaleństw. Jedziemy spokojnie. W Brnie znajdujemy hostel (TRAVELLERS) w samym centrum. Basen (Agata z Piotrem), małe zwiedzanie (reszta grupy).
Planujemy jutro dzień prawdziwej przerwy. Zwiedzimy miasto i odpoczniemy.
Uzupełniamy relację i zdjęcia na stronie. Dla Was.
W pokoju Szwajcar, Holender, Niemiec, Fin (jeden z nich jest pijany, ale nie wiemy który to bo leży i się ani nie odzywa, ani nie rusza).
Na ścianie Elvis (wiecznie żywy). Idziemy spać jest 1.00 w nocy.
P.S. Maciej znalazł pracę na stacji w towarzystwie przesympatycznych Czeszek, które nie wiedziały gdzie są i co robią. Ważne, że chciały pomóc w znalezieniu noclegu.
|
Dzień 5 2008.07.23 Galeria
|
Dystans: 51 km
Trasa: Brno - Dolni Vestonice
Wstajemy "bladym świtem" (10.00). Pijany sublokator nadal się nie odzywa. Zwiedzamy Brno. Miasto jest pagórkowate. Dużo kostki brukowej.
W zasadzie nieprzystosowane. Jeździmy na rowerach więc jest lżej. Udaje się nam zobaczyć katedrę z pięknym witrażem. Weszliśmy na wieżę (Piotr tradycyjnie wniósł Agatę na plecach).
Wieża była wysoka, ale można było wejść tylko na pierwszy taras widokowy - ok. 120 schodów. Wiało. Widoki wspaniałe :) Z jednej strony stara część miasta, z drugiej kolorowe blokowiska.
Pojechaliśmy na zamek. Mocno pod górę, ale z pomocą Macieja T. udało się podjechać. Na zamku trzy armaty, wysoki mur, panorama. Na zewnątrz nic specjalnego.
Do środka nie wchodzimy.
Na zakończenie, podczas wyjazdu z miasta, zafascynowaliśmy jedego przechodnia tak bardzo, że wszedł w tramwaj. Motorniczy również nie patrzył przed siebie, tylko nan nas. Dobrze, że nie poruszali się zbyt szybko.
Skończyło się otarciem twarzy i przerażeniem w oczach wszystkich.
Kolejny cel - jedziemy nad sztuczne jeziora na południe. Droga wiedzie krętymi ścieżkami. Dużo krótkich podjazdów i zjazdów. Męcząco i zimo. Pocieszający jest widok winnic.
Wszyscy mają ochotę na wino. Po dordze mijamy piwnice winne (bardzo dużo), ale są zamknięte i nikt nie sprzedaje lokalnych trunków. A szkoda.
Dojeżdzamy do celu. Niestety w deszczu. Zmarznięci i przemoczeni dojeżdżamy na kamienisty camping. Rozbijamy namioty. Niestety nie jest łatwo bo wieje, a szpilki od namiotów nie chcą się wbijać w kamieniste podłoże.
Nina wypatruje na drodze małe czarne kociątko, które łasi się do wszystkich. Przejmuje go Agata. Kot błyskawicznie wchodzi na Agatę. Chowa się pod koc i ani mu się śni wychylić bo jest mu ciepło, sucho i przyjemnie.
Agata rozpieszcza go drapiąc za uszkiem.
Jesteśmy głodni więc idziemy coś zjesć. Okazuje się, że kuchnia w barze jest czynna do 20.00 i nic nie zjemy bo jest za późno.
Głodni wracamy do namiotów. Zupka chińska i kładziemy się spać.
|
Dzień 6 2008.07.24 Galeria
|
Dystans: 86 km
Trasa: Dolni Vestonice - Grossebesdorf
Wstajemy rano. Pakujemy namioty. Nie pada, ale chmury nie zwiastują ładnej pogody. Jest zimno i mocno wieje. Startujemy.
Będziemy się starali dojechać do Wiednia...
Nina zaaferowana widokami i aparatem "atakuje" plastikowy słupek przy drodze. Owija się dookoła. Zatrzymujemy się. Nina leży na poboczu
i z uśmiechem stwierdza, że aparat jest cały. Maciej T. wyplątuje Ninę ze słupa i roweru. Całe szczęście nic się nie stało. Nina jest cała i zdrowa.
Jedno małe zadrapanie, kilka siniaków i emocje (niech mama Niny się nie martwi).
Niestety pogoda krzyżuje nam plany. Zaczyna padać. Za chwilę leje. Agata decyduje się, żeby jechać dalej. Jest ciepło ubrana i osłonięta od deszczu.
Ubieramy kurtki i pedałujemy dalej. Ulewa. Chwilami leje jak z cebra. Trasa wiedzie raz w górę, raz w dół. Na zjazdach pojawiają się problemy z hamowaniem.
Klocki u Macieja T. i Tomka znikają w mgnieniu oka. Piotr i Agata grzeją tarcze. Niespodziewanie padają nowe rekordy prędkości
(prawdopodobnie dzięki temu, że nie mamy już czym hamować - Maciej T. 70,9 km/h). Robi się wesoło, zwłaszcza na mokrych zakrętach. Macieja zarzuca z sakwami. Wszystko mokre.
Agata "driftuje" przyczepką. Jesteśmy przemoczeni, Nina zwłaszcza - po namowach zmienia bluzę na suchą i pedałujemy dalej.
W tym samym czasie Tomek, Maciej M. i Monika suszą się przy samochodzie i piją ciepłą herbatę - bo pojechali właściwą drogą.
Grupa twardzieli brnęła dalej przez deszcz. Jedziemy trasą EuroVelo 9. Mijamy po drodze wiatraki, widoki są wspaniałe.
Niestety po drodze nie ma za wiele miejsc na suchy odpoczynek.
Po drodze wyznaczony objazd (Umleitung), he, he na ścieżce rowerowej, bo budują autostradę. Zbaczamy z trasy na błotną gruntówkę, ale już za chwilę jedziemy dalej asfaltem.
Ustalmy wspólnie, że zatrzymamy się na nocleg w jakimś Gasthaus'ie. Maciej T. przeznacza na nocleg max 30 Euro. Szukamy. W Grossebesdorf znajdujemy
hotel Pana Gschwindla. Obsługa z Polski. Na twarze wszystkich zawitał szeroki uśmiech. Cena po rabacie 25 Euro za osobę, więc mieścimy się w budżecie Maćka T. Zostajemy.
Maciej T. pozostałe 5 Euro przenacza na dwie duże porcje frytek, po czym stwierdza, że jeszcze by coś zjadł.
Dzięki uprzejmości właścicieli możemy wyprać i wysuszyć nasze rzeczy. Jest ciepło, sucho i przyjemnie. Luksus. Idziemy spać.
|
Dzień 7 2008.07.25 Galeria
|
Dystans: 22 km
Trasa: Grossebesdorf - WIEDEŃ
Nocleg ze śniadaniem. Wstajemy rano. Zjadamy świeże bułeczki (mniam). Pakujemy się. Pamiątkowe zdjęcie i jedziemy do Wiednia.
Równy asfalt. Przyjemność. I nie pada. W Wiedniu zaczynają się ścieżki rowerowe. Zero dziur! Zero krawężników! Zero kostki brukowej!
O rety. Nie możemy się nadziwić. Oznaczenia perfekcyjnie. Oby we Wrocławiu tak budowano ścieżki rowerowe.
Odnajdujemy camping. Rozbijamy namioty. Warunki wspaniałe. Jest wszystko - kuchnia, łazienka, lodówka, WiFi... no i porządek.
Camping przystosowany dla niepełnosprawnych.
Jedziemy do centrum Wiednia kolejką podmiejską i metrem. Metro oczywiście dostosowane... Windy, brak schodów, stopni, krawężników.
Lądujemy w samym centrum na Stephansplatz. Wychodzimy z metra przy samej katedrze. Spacer po mieście. Bardzo się wszystkim podoba.
Na jutro palnujemu basen, zakupy i dokładne zwiedzanie.
|
Dzień 8 2008.07.26 Galeria
|
WIEDEŃ
Dzień wolny. Zwiedzanie :-) Maciej M., Monika, Mama, Maciej T., Nina, Tomek pojechali zwiedzać Wiedeń. Agata i Piotr pojechali na basen,
potem dołączyli do reszty grupy.
Zobaczyliśmy stare miasto. Parki. Miato prezentuje się wspaniale. Duże, przestronne, dużo zieleni (nie obyło się bez drzemki w parku).
Wieczorem Nina, Maciej M., Monika, Tomek i Mama pojechali na wzgórze Kallenberg, by zobaczyć panoramę Wiednia nocą. Maciej T. w tym czasie pobłądził w centrum bez mampy :-) (bagatela 94 km).
|
Dzień 9 2008.07.27 Galeria
|
WIEDEŃ
Dzień wolny. Zwiedzanie.
Dzisiaj grupa pomniejszyła się o Monikę i Macieja M. którzy musieli wracać do Wrocławia, ale nic straconego - obiecali,
że przywitają nas na terenie Polski w drodze powrotnej. Było nam bardzo miło z nimi, a za wspólnie spędzone dni - SERDECZNIE DZIĘKUJEMY!
Jutro rano wyjeżdżamy do Bratysławy.
|
Dzień 10 2008.07.28 Galeria
|
Dystans: 82 km
Trasa: WIEDEŃ - BRATYSŁAWA
Leniwe wstawanie. Straszny upał. Przed nami droga do Bratysławy... Początkowo droga wiedzie wzdłuż Dunaju - plażą nudystów (wiek niestety 45+ wiec wszyscy odwracamy głowy).
Zaczyna się przyjemnie. Od czasu do czasu drzewa osłaniają nas od słońca. Jedziem lewym brzegiem rzeki. Po kilku kilomentrach zaczyna się niemiłosierna prosta - blisko 18 km w pełnym słońcu.
Jest nieznośnie gorąco :|.
Przejeżdżamy przez Dunaj na prawy brzeg. Drzemka pod mostem w cieniu. Nabieramy trochę sił. W planie było 30 min., a zrobiły się 3 godz. :-) Pomogło. Najedzeni i wyspani jedziemy dalej.
Słońce nadal daje w kość. Powoli mamy go dosyć, ale się nie poddajemy. Na horyzoncie Bratysława (zamek, blokowiska i kominy).
Mijamy granicę. Asfalt robi się mniej przyjazny (dziury). Na stacji benzynowej pytamy o kemping - jest na drugim końcu miasta (Złote Piaski), ale za to przy jeziorze.
Jedziemy! Na kampingu haos i tłok. Znajdujemy miejsce. Myjemy się i idziemy spać. To był męczący dzień - upał dał nam popalić.
|
Dzień 11 2008.07.29 Galeria
|
BRATYSŁAWA - (Kuty)
Jedziemy "zwiedzać". Wczorajszy widok (bloki) nie napawa nas optymizmem. Jedziemy, jedziemy, kierunkowskazy kierują nas na historyczną część miasta.
Jesteśmy rozczarwani. Miasto jest zaniedbane. Drogi kiepskie. Oznaczenia bardzo słabe. A może przyzwyczailiśmy się do Wiednia?
Wracamy na pole namiotowe, bo miasto nie przyciąga (a przecież to stolica). Kolacja. Decydyjemy się wyjechać z miasta nocą (rówenież ze wzgledu na upał).
Nocna jazda. Start: 22.15, kierunek Brno. Przyjemny chłód. Idzie nam całkiem nieźle. Bardzo dobrze się jedzie. Mały ruch, dobry asfalt, proste odcinki nie przerażają jak w ciągu dnia w słońcu.
Kilometr za kilometrem. Szybko mija północ. Nagle drogę przecina nam sarna. Kilka metrów przed Piotrem i Agatą. Wszystkich wystraszyła, więc zapalamy wszystkie światła, które mamy.
Dobrze po trzeciej. Szukamy miejsca na rozbicie namiotów. 68 km znajdujemy miejsca na nocleg koło remizy. Rozbijamy się i idziemy spać. Jest 3.30.
|
Dzień 12 2008.07.30 Galeria
|
Dystans: 50 km
Trasa: Kuty - (Lednice) - Strachotin
Budzi nas słońce. Nie da się spać. Upał. Nocna jazda okazała się dobrym pomysłem, ale raczej nie odeśpimy. Wstajemy i zwijamy namioty.
Na śniadanie kot. Niestety okazuje się niesmaczny. Jemy co mamy. Miejscowi nie okazują zdziwienia. Może nie jesteśmy tu pierwsi (?).
Poza słońcem i straszliwym skwarem nie ma nic ciekawego. Jedziemy. Na horyzoncie pojwiają się chmury mamy nadzieję na ochłodzenie, może nawet deszcz.
Zbliżamy się do Lednice. Burza z gradem. Wszystkim udało się schować. Maciej T. pożycza ręcznik i ubranie Ninie i pewnej małej mokrej dziewczynce.
Pogoda się poprawia. Jemy obiad i ruszamy dalej. Cel Strahotin, ok. 20 km. Znajdujemy kamping. Tani, dostosowany dla niepełnosprawnych i godny polecenia
(AUTOCAMP Strahotin), ale wszystko na "wrzuty" - 20 Koron. Rozbijamy namioty i kładziemy się spać.
|
Dzień 13 2008.07.31 Galeria
|
Dystans: 43 km
Trasa: Strachotin - Brno
Tomek i Nina wstają na wschód słońca o 4.30, ale słońce wzeszło dopiero ok. 5.30 (sami chcieli, ale twierdzą, że było warto). Namiot Agaty i Piotra stoi w cieniu samochodu kempingowego.
Niestety właściciele odjeżdżają zabierając cień. W namiotach nie do wytrzemania. Na zewnątrz nie lepiej. Chowamy się w cieniu. Po śniadaniu (ok. 12.00) w oczekiwaniu na cień postanawiamy jechać do Brna.
Przed nami droga, którą znamy, więc pokonujemy ją bez trudu. Nocleg w hostelu w Brnie (ul. Janska) - polecamy - tanio + śniadanie. Wcześniej jeszcze kolacja z piwem w małym brneńskim browarze Pegas.
Uzupełniamy relację. Idziemy spać.
Temperatura jest tak wysoka, że nie mamy ochoty robić zdjęć. Upał rozbraja!
|
Dzień 14 2008.08.01 Galeria
|
BRNO
Pobudka. Noc była trudna, gdyż jedna z nieznanych nam wspólokatorek chrapała nieznośnie pół nocy.
Nie pomagało gwizdanie, mlaskanie i inne nam znane sposoby. Nina z rozgoryczenia podjadała banany ;-)
Śniadanie. Przegląd rowerów.
Okazuje się, że mamy awarię łożyska w rowerze Piotra i Agaty. Prawe koło trochę zgrzytało, ale specialnie się tym
nie przejmowaliśmy. W hostelu Piotr rozebrał koło i okazało się, że oba łożyska są rozsypane.
Wyprawa "zawisła na włosku". Piotr wyruszył na miasto na rowerze Macieja w poszukiwaniu specjalistycznego sklepu.
Nawigacja GARMIN była bardzo pomocna, dzięki niej Piotr mógł swobodnie poruszać się od punktu do punktu.
W pierwszym sklepie niestety nie było takich łożysk, ale sprzedawca skierował go do innego sklepu (WIELKA hurtownia łożysk).
Udało się! Jutro jedziemy dalej! :-)
Idziemy na odkryty basen w Brnie (Kravi Hora). Z basenu rozciąga się piękna panorama na całe miasto,
tym razem jest cieplej, więc spokojnie możemy popływać. Uzupełniamy opaleniznę - Agata w końcu może opalić plecy :-)
Zadowoleni kładziemy się spać w hostelu TRAVELERS na ul. Janskiej w samym centrum.
|
Dzień 15 2008.08.02 Galeria
|
Dystans: 82 km
Trasa: Brno - Jedlova
Tradycyjnie podudka i śniadanie. Jedziemy przed siebie w tropikach, potworna duchota i wysoka wilgotność (chwilami sięgająca 100%).
Takiej pogody nikt z nas nie pamięta. Trasa przyjemna, ale pod górę wzdłuż rzeki. Paruje wszystko.
Maciej T. wybiera trochę inną trasę (rowerową), która okazała się być dłuższa i bardziej wymagająca (dzięki temu zrobił prawie 100 km).
W pewnej chwili nadciągają ciemne chmury i zaczyna padać. Na szczęcie tylko postraszyło. Nam udaje się schować.
Niedogodności trasy wynagradzają nam widoki. Po drodze mijamy zadowolonych wędkarzy, którzy nas pozdrawiają.
Długi, spokojny podjazd przeradza się w karkołomną spinaczkę, na horyzoncie widać znak o dżym wzniesieniu. Rekordowy 15%- owy podjazd.
Piotr zagryza zęby i rozpoczynamy wpinaczkę. Górę dzielimy na trzy części... udaje się!! Od teraz każde wzniesienie wydaje
się płaskie ;-) Za nami ponad 80km, większość do góry, więc zaczynamy rozglądać się za noclegiem. W miejscowości Jedlova znajdujemy
restaurację, w której wesoła kelnerka świetnie mówi po angielsku. Porcje i ceny mile nas zaskakują. Kelnerka zapytana o możliwość
noclegu, proponuje nam pokój z trzema łóżkami - bierzemy, gdyż możemy wykorzystać do spania również podłogę.
Właściciel proponuje nam w tej sytuacji, żebyśmy zapłacili tylko za trzy miejsca - nie protestujemy! :)
|
Dzień 16 2008.08.03 Galeria
|
Dystans: 80 km
Trasa: Jedlova - (Litomysl) - Hradec Kralove
Pobudka w ciasnym pokoju. Prawie wchodzimy sobie na głowy. Śniadanie jemy na dworze przed restauracją. Startujemy. Trasa prowadzi nas w dół. Niestety przeszkadza nam mocny wiatr,
który znacznie utrudnia jazdę. Ale to nic przy wczorajszej ostrej wspinaczce (z 240 m npm. na 690 m npm.).
Planujemy zobaczyć Litomysl - miasto wpisane do rejestru zabytków UNESCO. Kilka kilometrów przed tym miasem, od lewej nadciągają ciemne chmury, z których wyraźnie "leje jak z cebra".
Nie udaje się nam wyprzedzić deszczu więc chowamy się w zadaszonym przystanku. Po kilku minutach wychodzi słońce, więc jedziemy.
Litomysl, chociaż niewielki, faktycznie okazuje się bardzo ładny. Ciekawa architektura, wszystko bardzo dobrze zachowane. Szczególnie zamek i stare miasto.
Po krótkim zwiedzaniu jedziemy dalej do Hradec Kralove. Znajdujemy miły, spokojny i dostosowany kemping. Niestety toalety i prysznice są zamykane o 21.30 i Tomek z Maciejem nie
zdążyli się wykąpać. Po raz kolejny planujemy grilla, ale i tym razem się nie udaje. Jemy co mamy (mieszamy w jednym garnku różne smaki)i idziemy spać.
|
Dzień 17 2008.08.04 Galeria
|
Dystans: 42 km
Trasa: Hradec Kralove - Nachod
Dzisiaj odłącza się od nas Tomek - wraca do Polski pociągiem, gdyż ma kolejne plany wakacyjne. Dziękujemy za wspólnie pokonane kilometry!
Przed nami pół dnia wolnego. Idziemy na basen ze sztuczną falą. Niestety poza atrakcjami obiekt zupełnie niedostosowany.
Do głównego wejścia schody (+1 poziom). Dalej do szatni po schodach (-1 poziom). Szatnie bardzo, bardzo małe, ale jakoś się udało.
Wejście na basen po schodach (+1 poziom). Na basenie zjeżdzalnia, sztuczna fala no i długo wyczekiwana przez Agatę ciepła woda.
Ale niestety nie było gdzie pływać :). Ratownik, jak zobaczył, że Agata ubiera płetwy, skierował nas łącznikiem do drugiego budynku,
gdzie ku naszemu zdumieniu był basen olimpijski (50m, 8 torów) - niestety woda również olimpijska, tylko 21 st. C. Popływaliśmy i wróciliśmy się zagrzać.
Po basenie jedziemy dalej. Nie zostało dużo czasu (godz. 15.00), więc planujemy przejechać ok. 40 km.
Trasa wiedzie pagórkami. Ostro do góry, a potem długo i łagodnie w dół. Życie wiciąż utrudnia silny wiatr. Zaczyna się koleny podajzd, tym razem znacznie dłuższy i bardziej stromy
niż poprzednie. Przewyższenie wynosi 150m. Całość kończymy długim zjazdem.
Dojeżdżamy do miejscowości Nachod przygranicy z Polską i szukamy miejsca na nocleg. Ceny w hotelach zwariowanie wysokie. Postanawiamy
przejechać granicę i poszukać czegoś tańszego w okolicy Kudowy-Zdrój. W trakcie jazdy zauważamy znaki, które kierują nas na kemping
w Nachodzie - w miłym zacisznym miejscu. Bierzemy :) - tani, są prysznice, kuchnia i lodówki. Rozbijamy się. Przed nami przedostatnia noc.
|
Dzień 18 2008.08.05 Galeria
|
Dystans: 78 km
Trasa: Nachod - (CZ/PL)- Świdnica
Wyruszamy rano. Planujemy dojechać do Świdnicy. Do granicy z Polską spodziewamy się przede wszystkim podjazdów.
Za granicą powinno być w dół. Po długiej wspinaczce (łączne przewyższenie 250 m), przed miejscowością Broumov, zaskakuje nas stromy zjazd.
Miejscami ok. 12% nachylenia - całe szczęście w dół, więc na twarzach mamy uśmiechy. Padają kolejne rekordy (Maciej 72 km/h,
Piotr i Agata 70,9 km/h) - wow... niesamowicie szybko. Krótka przerwa i jedzemy do granicy - kierujemy się na przejście turystyczne
(pieszo-rowerowe Janovicki - Głuszyca Górna). Zaczynamy się piąć do góry - 13 km. Przed samą granicą asfalt zmienia się w szuter.
Maciej ochoczo podpycha Agatę i Piotr. Wyprzedza ich i po chwili pieszo wraca się aby pomóc (Maciej, dziękujemy! Było lżej!).
Na szczycie granica. Teraz w dół :)
Niestety już po pierwszych kilometrach w Polsce wspominamy z rozrzewnieniem jakość dróg w Czechach. Chwilami jedziemy kostką brukową.
Maciej w trakcie jazdy organizuje nocleg w Swidnicy u znajomych na działce - Łukasza i Mirka Wysockich. Dziękujemu za gościnę!
Wszyscy ochoczo mówią o grillu - ostatnia szansa, więc jedziemy do sklepu po mięsko, kiełbaski i piwko. Grillujemy do zachodu,
zjadamy wszystko i idziemy spać.
|
Dzień 19 2008.08.06 Galeria
|
Dystans: 60 km
Trasa: Świdnica - WROCŁAW
Przed nami ostatni dzień. Odwiedzamy Kościół Pokoju w Świdnicy - największą w Europie drewnianą świątnię.
Na twarzach widać radość - wracamy do Wrocławia. Niestety trasa nie jest przyjemna (nr 35) - bardzo duży ruch, kierowcy nie umieją zachować bezpiecznych odległości.
Najgorszy odcinek. Hałas, spaliny i pod wiatr. Jedziemy bez dłuższej przerwy. Zatrzymujemy się na Bielanach Wrocławskich.
Ostatnia przerwa, osatni posiłek.
Udało się! Wrociliśmy do Wrocławia. Rynek. Pamiątkowe zdjecie i każdy jedzie w swoją stronę. Maciej postanawia dojechać do Brzegu
Dolnego na rowerze. Trzymamy kciuki - to jeszcze ok. 45 km. Zuch chłopak.
Zmęczeni i zadowoleni :)
Piotr i Agata - 1 140 km
Nina - 1 130 km
Maciej - ponad 1 307 km
Na Rynku powitały nas rodziny. DZIĘKUJEMY :)
|
|
P.S.
|
Dziękujemy wszystkim, którzy nas wspierali. Już niedługo postaramy się zamieścić podsumowanie całej wyprawy.
|